|
|
 Recenzje |
| |
|
ZEW KRWI
Reżyseria: James Isaac
Scenariusz: James DeMonaco, Todd Harthan, James Roday
Występują: Jason Behr, Elias Koteas, Rhona Mitra, Kim Coates
Zdjęcia: David Armstrong
Produkcja: USA 2007
Dystrybucja w Polsce: Monolith
W kinach od 3 sierpnia 2007
Opis
Od tragicznej śmierci swego ojca mały Timothy wraz z matką mieszka w domu wujostwa w miasteczku Hugenot. Z parę dni chłopiec skończy 13 lat; jego urodziny wypadną w czasie pełni księżyca. W miarę jak zbliżają się urodziny, z chłopcem zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Jego matka boi się, że dziecko trawi jakaś nieznana choroba. Rodzina ojca Timothy'ego zna jednak prawdziwą przyczynę: chłopiec jest pół-wilkołakiem. Bohater i jego mama odkryją niedługo z przerażeniem, że cały klan z Hugenot należy do rasy ludzi-wilków. To jednak jeszcze pół biedy. Gorsza sprawa, że istnieje inny wilkołaczy klan, który dybie na życie Timothy'ego: chłopiec posiada bowiem niezwykłą moc, która jest w stanie zmienić przeznaczenie wilkołaków. Konfrontacja między dwoma plemionami ludzi-wilków jest nieunikniona, a stawką w tej wojnie będzie los małego bohatera.
Recenzja
Zew krwi? Wilkołaki wyją do księżyca wzywając nas do kina. Wyją niestety dość cienko; chcą zasłużyć na bilet do multipleksu, ale zasługują raczej na przysłowiowy wilczy bilet.
Niedawno Quentin Tarantino i Robert Rodriguez przypomnieli o niegdysiejszym fenomenie grindhouse'ów - pokątnych kin wyświetlających non stop filmy klasy B, najczęściej dwa tytuły w cenie jednego biletu. Zew krwi to kawałek, który jak ulał pasuje do świata grindhouse'u. Tyle że grindhouse'ów już nie ma ; zabiło je wideo. Jest jeszcze inny problem. Dawne B-produkcje spod znaku exploitation movies, którymi tak podnieca się Tarantino, były kiepskimi filmami, ale miały specyficzny styl i wdzięk. Zew krwi jest bez wątpienia exploitation movie, ale wdzięku w nim jak na lekarstwo.
Czym bawi nas Zew krwi? Są wilkołaki na amerykańskiej prowincji. Jest dużo przemocy, jest trochę seksu. Jest nawet klasyczna scena z horroru klasy B. Do roznegliżowanej laski zbliża się wyszczerzony wilkołak. Najazd na twarz ofiary, nieśmiertelny pisk przerażenia - i przebitka na krwawy księżyc w pełni. Są i inne smaki. Fabuła sprowadza się zasadniczo do walki złych wilkołaków z dobrymi wilkołakami. Jak za dawnych czasów złe wilkołaki są brunetami, harleyowcami i hipisami. Dobre wilkołaki to blondyni i ceniący sobie wartości rodzinne mieszkańcy uroczego amerykańskiego miasteczka. Każdy z wilkołaczych gangów ma też swojego Murzyna; czy wielką niespodzianką jest, że Afroamerykańscy bohaterowie drugoplanowi zginą na początku ?
Niewiele brakuje, a Zew krwi stałby się zabawnym pastiszem gatunku. Brakuje niewiele, ale jednak brakuje. Reżyser James Isaac niestety nie panuje nad konwencją: robi to wszystko na poważnie, nie zdobywa się na choćby szczyptę ironii wobec tej, skądinąd pełnej niezamierzonego komizmu, historii. Isaac awansował na stanowisko reżysera z funkcji speca od efektów specjalnych. Pracował między innymi przy wielu filmach Davida Cronenberga - i właśnie Cronenberga wskazuje jako swego mistrza. Czasami mówi się, że uczeń przerósł mistrza. To nie ten przypadek ; sądząc po Zewie krwi, Isaac nie tylko nie przerósł, ale nawet nie zrozumiał lekcji Cronenberga, który jak mało kto potrafi przerabiać B-tematy na pierwszorzędne kino. Zew krwi ma bardzo cienki scenariusz, który sprowadza starcie między stadami wilkołaków głównie do strzelanin (!); styl, w jakim opowiedziana jest ta słaba dramaturgicznie i niedorzeczna historia jest godny pożałowania. Kino B czasami jest tak B, że aż "cacy", ale w tym razem B jest po prostu "be".
Stach Szabłowski

 |
| |
|
|