|
MIŁOŚĆ I INNE NIESZCZĘŚCIA
Reżyseria: Alek Keshishian
Scenariusz: Alek Keshishian
Występują: Brittany Murphy, Matthew Rhys, Santiago Cabrera
Zdjęcia: Pierre Morel
Produkcja: Wielka Brytania, USA, Francja 2006
Dystrybucja w Polsce: Monolith
Czas: 90 min
W kinach: od 20 lipca 2007
Opis
Swingujący Londyn XXI wieku. Emily Jackson - dla przyjaciół "Jacks" - jest śliczną dziewczyną, która pracuje dla brytyjskiego wydania "Vogue'a". Ulubionym zajęciem Jacks jest swatanie licznych przyjaciół, poetów, galerzystów, aspirujących artystów i pisarzy. Sama bohaterka lubi używać życia, ale wciąż czeka na swoją wielką, prawdziwą miłość. Jacks nie zauważa, że owa wyśniona miłość jest na wyciągnięcie ręki. Ucieleśnia ją Paolo, młody, zabójczo przystojny argentyński fotografik, który zaczął niedawno pracować w londyńskiej redakcji Vogue'a". Jacks padłaby od razu w ramiona Latynosa, gdyby nie to, że bierze go za geja.
Recenzja
Film ma prowokacyjny tytuł. Miłość i inne nieszczęścia. Ten tytuł prowokuje, aby powiedzieć, że jednym z tytułowych nieszczęść jest, obok miłości, sam film. Oprę się jednak pokusie, nie dam się sprowokować i tego nie powiem. Ups. Zdaje się, że niestety już to powiedziałem.
Reżyser Alek Keshishian wie, że romantyczna komedia to gatunek, który się ogląda, ale którego za bardzo się na szanuje. Dlatego Keshishian puszcza do nas oko. Przez cały film wysyła do nas sygnały: "romantyczne komedie to schematyczne kicze; zdaję sobie z tego doskonale sprawę i chcę żebyście wiedzieli, że ja wiem". Keshishian kręci więc na postmodernistycznie: używa najbardziej ogranych romantycznokomediowych klisz, ale robi to z pełną świadomością. Miał z tego wyjść lekki, błyskotliwy pastisz. Tymczasem ironiczna samoświadomość reżysera okazuje się jednym z wielu, obok miłości, nieszczęść, które spadają na widza w kinie. Keshishian rozmyślnie operuje kliszami, tanim chwytami i schematami. Wychodzi mu z tego - o niespodzianko - schematyczny film pełen klisz i tanich chwytów. Zwalanie na konwencję nic tu nie pomoże.
Nie pomoże również Brittany Murphy, która usiłuje być anglosaską Amelią. Wiele zależy tu od osobistego uroku aktorki; Murphy ma dużo wdzięku, ale w tym razem raczej wdzięczy się do widza niż gra. Chce być za wszelką cenę fajna - bo w tej bajce dla dorosłych wszystko jest fajne. Bohaterowie robią fajne rzeczy: są artystami, fotografami mody, bogatymi z domu poetkami, właścicielami galerii, pracownikami "Vogue'a". Heroina tej opowieści ma arcyfajne ciuchy i jeździ fajnym samochodem (srebrny mini morris). Wszyscy chodzą do fajnych miejsc. Co chwilę mamy jakąś fajną filmową aluzję: bohaterowie bez przerwy oglądają w telewizji Śniadanie u Tiffany'ego albo rzucają teksty typu: "nie zachowuj się, jakbyś grała w jakiejś głupiej komedii romantycznej!".
Najmniej fajny jest sam film: pretensjonalny, pozbawiony energii, nie mówiąc już o romantyzmie. Wątła, nawet jak na romantyczną komedię, fabułka rozwija się z trudem i zawisa całkowicie na starym dobrym qui pro quo; chodzi o to, że bohaterka mylnie sądzi, że chłopak, którego ze wzajemnością kocha, jest gejem. Oczywiście nieporozumienie można by wyjaśnić w jednym zdaniu, ale - zakrzyknie Keshishian - przecież to romantyczna komedia. Kiepska wymówka; to, że mamy romantyczną komedię nie musi zaraz oznaczać, że ma być bez sensu. Mówi się tu dużo o Śniadaniu u Tiffany'ego, ale Miłość i inne nieszczęścia przypominają raczej długi odcinek telewizyjnego serialu niż kino, a klimatem najbliższe są diabłu, który ubiera się u Prady czy tasiemcowi Seks w wielkim mieście. Te tytuły okazują się jednak niedościgłymi wzorami; cała świadomość mielizn, banału i pułapek, jakie zastawia romantyczna komedia, nie uchroniła Miłości i innych nieszczęść, przed nieszczęściem: płytkością, banałem i wpadaniem we wszystkie możliwe pułapki gatunku.
Stach Szabłowski

 |