magyar
  STRONA GŁÓWNA | O NAS



PROGRAM TV | POLECAMY | ŚCINKI | LUDZIE KINA | RECENZJE | CINEMANIA | DZIESIĄTKA | PRL | TAPETY | KARTKI | FORUM  

   





numer
(83) 9/10


aktualizacja
11-03-2010




napisz do nas...




   

Pali się wieżowiec! Spada samolot! Tonie statek! Pociąg się wykoleja! Trzęsie się ziemia! Trąba powietrzna pustoszy! Huragan porywa! Ludożercze pszczoły żądlą! Epidemia dziesiątkuje! Morze występuje z brzegów! Wulkan rozpoczyna erupcję! Asteroid godzi prosto w serce naszej planety, a Marsjanie atakują! Nie ma takiej katastrofy, która nie wydarzyłaby się w kinie. Kino kocha wszelkie plagi, bo publiczność lubi je oglądać - z tymi samymi "mieszanymi uczuciami", z jakimi wczytujemy się w prasowe doniesienia o wszelkiego rodzaju katastrofach. Media od dawna wiedzą, że złe wiadomości to najlepsze wiadomości. Nieszczęścia są ciekawe pod warunkiem, że są cudze. Na tym bazuje gatunek filmu katastroficznego - disaster movies - który co i raz wyrywa nam z piersi Zorbowski okrzyk: Jaka piękna katastrofa!

Zobacz jak to się robi

Katastrofa: Grek Zorba (Zorba the Greek), 1964
Reżyseria: Michael Cacoyannis
Plaga: właściwie nic takiego się nie stało, a jednak...

W tym filmie żadne miasto nie rozpada się gruzy pod wpływem wstrząsów sejsmicznych. Ofiarą pożaru nie pada żaden wieżowiec. Nie tonie statek. Asteroid nie stawia pod znakiem zapytania przetrwania życia na naszej planecie. Huragan nie zbiera krwawego żniwa. W tym filmie w ogóle nikt nie ginie. A jednak Grek Zorba dostarcza symbolicznego motta kinu katastroficznemu. I mało tego. Może być widziany jako film na swój sposób proroczy, zapowiadający falę kina eksploatującego wszystkie możliwe plagi i nieszczęścia. Wypadek, który w Greku Zorbie kończy marzenia bohaterów o ponownym otwarciu starej kopalni, zostaje skomentowany przez tytułowego Greka nieśmiertelnym okrzykiem "jaka piękna katastrofa!". Być może to właśnie echa tego zawołania, kołaczące się w głowach hollywoodzkich producentów, stały się ziarnem, z którego wykiełkowała myśl "Katastrofa jest piękna!".

Katastrofa: Płonący wieżowiec (Towering Inferno), 1974
Reżyseria: Irwin Allen
Plaga: pożar w drapaczu chmur

138 płonących pięter, Paul Newman oraz Steve McQuenn w najwyższej formie jako superstrażak z San Francisco. Nigdy pożar nie był tak gorący i nigdy nie był tak rewelacyjnie gaszony jak w Płonącym wieżowcu - gorejącym sztandarze chwały gatunku filmu katastroficznego. Drogę do podpalenia fikcyjnego drapacza chmur w San Francisco utorowała o dwa lata wcześniejsza, niesłychanie lukratywna katastrofa znana jako Tragedia Posejdona. Szefowie studiów filmowych otworzyli kieszenie dla filmów katastroficznych, przeczuwając, że jeżeli można było coś ze świetnym zyskiem zatopić, to z pewnością z równym powodzeniem da się coś sfajczyć. Do prac nad wielkim filmem o pożarach przystąpiły jednocześnie konkurencyjne studia Warner Bros. i 20th Century Fox. Jedni i drudzy kupili sobie książki o pożarach wieżowców. Fox pozyskał prawa do tomu "The Glass Inferno" Thomasa N. Scortii i Franka M. Robinsona. W tym samym czasie Warner kupił opcję na ekranizację powieści Richarda Martina Sterna "The Tower". Zakłopotane studia zawarły bezprecedensowe porozumienie: zamiast wyniszczającej walki na pożary, zdecydowały się wzniecić jedną wielką wspólną pożogę. Scenarzysta Stirling Silliphant otrzymał odpowiedzialne zadanie zmiksowania wątków z obydwu książek w jedną historię. Ciekawe, że obydwie powieści, rozgrywające się w fikcyjnych drapaczach chmur, były zainspirowane budową World Trade Center i spekulacjami, co by było, gdyby w tak ogromnych budynkach wybuchł pożar. W tym kontekście robi się nieswojo, kiedy czyta się, że zdjęcia do Płonącego wieżowca ukończono 11 września (1974 roku, rzecz jasna).

Katastrofa: Port lotniczy (Airport), 1970
Reżyseria: George Seaton
Plaga: burza śnieżna, awarie samolotów, prosty mieszkańców, rozwód

Katastrofy lotnicze - niby fotogeniczne - są niefilmowe. Trwają za krótko. Łup i koniec. Tymczasem w filmie katastroficznym po zasadniczym łupnięciu powinien być czas na łupnięcia mniejsze oraz walkę o przetrwanie grupki bohaterów. Kultowy Port lotniczy przynosi genialne rozwiązanie problemu: zrobić film o katastrofie samolotu, NIE rozbijając samolotu. Największa burza śnieżna od ćwierć wieku, bomba na pokładzie, awarie w nawigacji, niegrzeczni piloci, wredny szwagier, sroga żona, rozwód i protesty mieszkańców - Port lotniczy to cały katalog katastrof, z którymi musi zmierzyć się kierownik tytułowego lotniska, Mel Bakersfeld - człowiek odpowiedzialny za to, żeby nie nastąpił ostateczny kataklizm, czyli żeby nie pospadały samoloty. Gigantyczny sukces ekranizacji bestsellerowej powieści Arthura Haileya ośmielił producentów u progu dekady lat 70., w której nastąpiła cała seria wielkich filmowych katastrof. Tę złotą dekadę dizasterów zamyka symbolicznie Czy leci z nami pilot? z 1980 - bezlitosna parodia bombastycznego gatunku, a Portu lotniczego w szczególności.

Katastrofa: Trzęsienie ziemi (Earthquake) 1974
Reżyseria : Mark Robson
Plaga: nomen omen trzęsienie ziemi

W pamiętnym roku 1974, w którym na ekranach płonął Płonący wieżowiec, publiczności zafundowano jeszcze jedną "piękną katastrofę" - Trzęsienie ziemi. Studio Universal nie mogło zostać w tyle. Fox zatopił pasażerski liniowiec (w Tragedii Posejdona), potem wspólnie z Warnerem podpalili drapacz chmur. Universal spróbował przelicytować konkurentów obracając w perzynę całe Los Angeles za pomocą wstrząsów sejsmicznych. Do pisania scenariusza wynajęto Maria Puzo. Obowiązkową rolę gwiazdy, która ocala ocalonych z pierwszej fali kataklizmu objął Charlton Heston. Na premierę filmu wyprodukowano nowy sprzęt nagłaśniający, który miał imitować potężne tąpnięcia trzęsienia ziemi. Superbasowe głośniki trzeba było jednak wycofać z wielu starszych kin: potężna fala niskich tonów groziła odpadaniem sztukaterii i sypaniem się tynku; na tak realistyczne wrażenia z Trzęsienia ziemi nikt nie miał odwagi się zdecydować.

Katastrofa: Tragedia Posejdona (The Poseidon Adventure), 1972
Reżyseria: Ronald Neame
Plaga: tonący statek (do góry dnem)

Jaka piękna katastrofa! - musieli zakrzyknąć managerowie studia 20th Century Fox podliczając krociowe zyski z Tragedii Posejdona. Rozmiłowany w urządzaniu spektakularnych katastrof producent Irwin Allen wywrócił do góry nogami (za pomocą fali tsunami) luksusowy liniowiec w stylu Titanica. Wywrotka pozwoliła na rozpętanie pandemonium, w którym widowiskową śmierć ponosi większość pasażerów. Nieliczni ocaleni walczą o przetrwanie pod wodzą pastora Gene'a Hackmana, który zgodnie ze zwyczajami panującymi w katastroficznym kinie lat 70. osobiście wykonywał większość swoich numerów kaskaderskich. Po latach, na fali drugiej fali filmu katastroficznego, za wywracanie Posejdona zabrał się jeszcze raz Wolfgang Petersen. W remake Tragedii... zainwestowano 160 mln dolarów i efekty specjalne, o jakich Irwinowi Allenowi nawet się nie śniło, ale katastroficzny duch gdzieś wyparował z tej wodnej awantury, a rozczarowani widzowie mogli powiedzieć tylko: Jaka plastikowa katastrofa!

Katastrofa: Rój (The Sawrm), 1978
Reżyseria: Irwin Allen
Plaga: atak złośliwych pszczół

"Oh my God! Pszczoły! Pszczoły! Miliony pszczół!" Ten okrzyk niósł się w 1978 roku poprzez kina wyświetlające Rój - film, który wygląda na brawurowy pastisz kina katastroficznego - choć do dziś nie jest pewne, czy był to pastisz intencjonalny. Za Rojem stoi bóg kina katastroficznego lat 70., władca filmowych kataklizmów Irwin Allen - człowiek, który zatopił Posejdona i podłożył ogień pod Płonący wieżowiec.
Wszystko zaczyna się od fatalnego mezaliansu wśród pszczół: złe, drapieżne i jadowite owady afrykańskie miksują się z poczciwymi, produkującymi grzecznie miodek pszczółkami amerykańskimi. Złośliwy rój najeżdża Teksas; armia odpowiada szwadronami śmierci z miotaczami ognia: trwa walka o odbicie z rąk - a właściwie z macek - owadów, stolicy stanu, miasta Houston. Przerażająca wizja; aby ją urzeczywistnić, Allen zatrudnił armię bezrobotnych, którzy pracowicie wyrywali żądełka tysiącom występujących w filmie pszczół. Analogowy, campowy Rój ma jakość katastroficznej klasyki, ale widok tłumu statystów, którzy biegają, machając rękami i wołając "Oh my God! Pszczoły! miliony pszczół!" pozostaje jednym z najzabawniejszych widoków w dziejach kina katastroficznego - a także ukłonem w stronę otchłani kina klasy B z jego plagami w stylu inwazji krwiożerczych żab, komarów czy ludożerczych pasikoników.

Katastrofa: Armageddon, 1998
Reżyseria: Michael Bay
Plaga: asteroid wielkości Teksasu

W latach 90. nastąpił wielki renesans kina katastroficznego. Cyfrowe technologie pozwoliły na urządzanie kataklizmów, jakich jeszcze na ekranie nie widziano. Weźmy choćby Armageddon - to już nie trzęsienie ziemi czy morska katastrofa pojedynczego statku: po co się ograniczać? Zniszczmy cały świat! Do ziemi zbliża się asteroid wielkości Teksasu. Kiedy gruchnie w naszą planetę, będzie po wszystkim. Do walki ze złośliwym ciałem niebieskim zostaje wyekspediowana (w kosmos!) grupa wiertaczy pod wodzą Bruce'a Willisa. Armageddon to prawdopodobnie jeden z najgorszych, najbardziej niedorzecznych i na pewno najbardziej kasowych filmów katastroficznych w historii gatunku - a także dowód na to, że kataklizmy podobne są do kur - i jedne, i drugie mogą być głupie, ale potrafią znosić złote jaja.

Katastrofa: Pojutrze (The Day after Tomorrow), 2004
Reżyseria: Roland Emmerich
Plaga: globalne ochłodzenie

Globalne ocieplenie? Guzik! Totalne ochłodzenie. Pojutrze zasługuje na odnotowanie w kronikach kina katastroficznego już choćby dlatego, że katastrofa rozpętana tu przez Rolanda Emmericha należy do najtrudniejszych i najmniej prawdopodobnych spośród tych, jakie w ogóle można rozpętać. W nurcie disater movies to spore dosięgnięcie, bo dłuuugi krok poza granice prawdopodobieństwa jest zazwyczaj pierwszym krokiem, jaki czynią twórcy filmów katastroficznych. Emmerich postanowił zrobić katastrofę klimatologiczną. Katastrofalne w skutkach zmiany klimatyczne to niby wdzięczny temat dla disaster movie. Kłopot w tym, że takie procesy są żałośnie powolne; doprawdy trudno zrobić żwawy film o stopniowych zmianach pogody następujących na przestrzeni dziesięcioleci (wyobraźmy sobie bohatera, który patrzy rano na termometr za oknem i wola: "O Boże! Temperatura spadła o 0,01 stopnia Celsjusza! Za 50 lat będzie epoka lodowcowa! Ratunku! Uciekajmy"). Emmerich potrzebował klimatologicznej katastrofy natychmiast - i oczywiście dopiął swego. Bestialski gwałt na naukach klimatologicznych pozwolił wywołać reżyserowi falę potwornego mrozu, który nadciąga z szybkością huraganu, zamraża w locie helikoptery i zmienia bohaterów drugoplanowych w lodowe bryły. W tej sytuacji ratunkiem są książki: protagonistom udaje się przetrwać, bo opalają się tomami z biblioteki publicznej w zalanym lodem i zamarzniętym Nowym Jorku. Za wiarę w potęgę słowa drukowanego, a także za karkołomny zamysł obsadzenia mrozu w głównej roli w widowisku katastroficznym należą się Emmerichowi brawa; ale na prawdziwą owację zasługuje fenomenalny tagline filmu Pojutrze: "W tym roku - sweter nie wystarczy!"

Katastrofa: Wojna światów (War of the Worlds), 1953
Reżyseria: Byron Haskin
Plaga: ludobójcza inwazja z kosmosu

Wypadki po chodzą po ludziach. Trąby powietrzne, fale tsunami, nieumyślne zaprószenia ognia, wrony wkręcone w silniki samolotów, pikujące w Nowy Jork asteroidy, bluzgające lawą wulkany, pszczoły-ludojady. To powinno wystarczyć. Ale nie wystarcza - dlatego, do naturalnych i technologicznych plag dodano jeszcze jedną: ludobójczą inwazję z kosmosu. Ten przerażający koncept został spłodzony na przełomie XIX i XX wieku przez Herberta George'a Wellsa. Najsłynniejszej adaptacji Wojny światów dokonał w radiu Orson Welles, któremu udało się przekonać słuchaczy, że czas nadszedł - i Marsjanie naprawdę nachodzą. Do kin nadeszli po raz pierwszy w 1953 roku - w klasycznej ekranizacji Byrona Haskina. Glutowaci, mackowaci Marsjanie, którzy przybyli - dosłownie - wyssać krew z ludzkości, to plaga o niemalże biblijnym wymiarze. Filmy o inwazjach obcych były w latach 50. niemal wyłączną domeną taniego kina klasy B. Wojna światów Haskina jest wyjątkiem, a współcześni twórcy pierwszoligowych filmów o inwazjach z kosmosu, od Marsjanie atakują po Dzień Niepodległości, nie mówiąc już o Spielbergu z jego niedawnym remake'm Wellsowskiej historii, mają spory dług u posępnej, stylowej i przerażającej produkcji z 1953 roku.

Katastrofa: Atomowy amant (Blast form the Past), 1999
Reżyseria: Hugh Wilson
Plaga: wojna jądrowa (której nie było)

Wojna atomowa z jej ostatecznymi skutkami zaskakująco rzadko jest bezpośrednim tematem filmów katastroficznych. Być może filmowcy boją się zapeszyć, a być może straszliwe konsekwencje wojny jądrowej przerastają wyobraźnię scenarzystów. Jeżeli nie uwzględnimy niezliczonych filmów postatomowych, to klasykę gatunku tworzą takie solenne i depresyjne obrazy jak Najdalszy brzeg czy Nazajutrz, zaś najlepiej zdetonowany ładunek jądrowy gruchnął oczywiście w Doktorze Strangelove. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na Atomowego amanta - film, w którym katastrofa jądrowa nie następuje, a jednak bohaterowie ponoszą kłopotliwe konsekwencje jądrowego ataku. Zaczynamy w latach 60., w czasie najmroźniejszego momentu Zimnej Wojny, czyli w dobie Kryzysu Kubańskiego, kiedy to przywódcy USA i ZSRR trzymali już palce wskazujące na atomowych guzikach; ich naciśnięcie rozpoczęłoby koniec świata. Jądrowa psychoza skłoniła wielu ludzi do kopania w przydomowych ogródkach samowystarczalnych schroników atomowych. W jednym z nich chroni się rodzina Christophera Walkena, który wciela się w obsesjonata - osobnika, którego życie wypełniają przygotowania do jądrowego ataku "komuchów". Kiedy na dom Walkena spada w nocy samolot, ów pies zimnej wojny myśli, ze wreszcie się doczekał: bomba wybuchła i żmudne przygotowania do przetrwania nie poszły na marne. Następne trzy dekady amerykańska rodzina spędzi w odciętym od świata schronie pod powierzchnią własnego trawnika. Ów schron jest arkadią dzieciństwa chłopca, który wyrasta na dorosłego Brendana Frasera. Dorodny młodzieniec, który nie ma pojęcia o świecie poza schronem i wychowany jest według konserwatywno-skautowskich wzorców z czasów Zimnej Wojny, postanawia wybrać się na zwiady (które mogą stać się okazją do rozładowania nagromadzonego w schronie napięcia seksualnego). Najlepsze w Atomowym amancie jest to, że wyjście ze schronu wcale nie podważa przekonania bohatera o tym, że jądrowa katastrofa rzeczywiście nastąpiła. Przeciwnie; obraz Ameryki końca lat 90. widziany oczyma współczesnego Tarzana/Kaspara Hausera upewnia tylko bohatera, że kataklizm miał miejsce. Rzeczywistość, którą odkrywa na powierzchni wydaje się tak zwichrowana i dziwaczna, że może być tylko postapokaliptycznym, zmutowanym światem po końcu świata.

Stach Szabłowski




18.04.2009 16:29
Posejdon jest klaustrofobicznym fimem, nameczylam sie na nim i nie mialam z tego zadej przyjemnosci

magda

06.09.2008 07:45
Wszystkie te filmy (oprucz Zorby bo to nie film katastroficzny) to wielka katastrofa:))

Dude

18.01.2008 16:03
Dla mnie film Posejdon (2006r.) to najlepszy film katastroficzny lepszy niż Titanic bo ma więcej akcji np.statek obraca się do góry nogami wybuchają liczne pożary i przedzierająca się woda polecam ten film każdemu!!!

Ferdynand

23.12.2007 23:13
a gdzie Gniew Oceanu? No i, rzecz jasna, Titanic?

hm?

12.10.2007 22:16
Kto to pisał? Rzadko się zdarza tak nieudolnie napisana recenzja, tak chaotycznie wybrane filmy. Ten ranking to jedna wielka katastrofa. W dodatku wcale nie piękna.

Yava


[więcej...]



   Dziesiątka























































































































Copyright Chello Zone 2007 | Legal | Terms & Conditions | Privacy Policy | Reklama